W dzisiejszych tak bardzo dziwnych czasach napisać coś dobrego o własnej rodzinie, to zadanie nad wyraz ryzykowne.
Czy można napisać obiektywnie o artyście, a jednocześnie tak bardzo bliskim mi człowieku, jakim jest Łukasz?
Z reguły w takich wypadkach trzeba przecież raczej pochwalić, przytoczyć osiągnięcia, nagrody, zacytować pochlebne
opinie, mówić dużo i mądrze, a na dodatek to wszystko podpisać własnym nazwiskiem. I tu właśnie pojawia się tak
dobrze znana, delikatna niedogodność - no tak...,promuje własnego syna..., to już przesada..., przecież tak nie
wypada...itd. ..., itp. ...
Z Łukaszem sprawa nie będzie łatwiejsza. Nie da się ukryć, że "poznaliśmy się" dokładnie 30 lat temu i już od
tego, tak ważnego dla nas obu spotkania wiedziałem, że to będzie "niezły artysta"! Przez wiele lat śledziłem,
a nawet przyznaję - wspierałem Jego poczynania. Dzisiaj, pomimo upływu lat, wcale nie zmieniłem tego zadania
i upodobań. Co więcej - zupełnie tego nie żałuję. No i wreszcie się doigrałem. Niedawno, Łukasz otrzymał Doroczną
nagrodę Artystyczną im. Mariana Strońskiego - Przemyśl 2005 za kontrowersyjny zestaw grafik zatytułowany
"Interior" - 1,2,3.
No to mamy niezły klops! Pomimo tych wszystkich uwarunkowań, spróbuję jednak coś o tym napisać - chociaż sam
jestem w nielichym kłopocie. Jak bowiem porównać to, co znałem dotychczas - z tym, co jest zupełnie czymś nowym
i tak odmiennym? Nie chodzi tu jedynie o tak różny od dotychczasowego warsztat, czy zupełnie inne fascynacje.
W tamtych, znanych nam linorytach, autor prowadził nas przez czarno-białe pejzaże zewnętrzne. Teraz dla odmiany,
zaproponował bardzo kolorowe grafiki cyfrowe. Te nowe prace zbliżają nas do ich autora tak blisko jak to tylko
możliwe. I to jest jedna z pierwszych bardzo istotnych różnic. Mamy zatem możliwość swobodnej penetracji "Interioru"
artysty, a także analizy zupełnie inaczej konstruowanego obrazu, opartego o inne, zupełnie nowe przemyślenia,
odniesienia i podstawy. W pierwszej chwili te prace przywodzą na myśl dziecinne zabawy i odkrywanie tajemnicy
kalejdoskopu. Jednak przy bliższej obserwacji, na pewno znacznie im bliżej do konstrukcji twórców Mandali,
przemyśleń C.G Junga, czy doświadczeń buddystów - i to z całym sztafarzem znaczeń i odniesień, budujących własną
i niezależną ikonografię. Ten rodzaj specyficznej introspekcji czy nawet wiwisekcji, ma u podstaw tak istotne
tutaj pojęcie - wiru, rozumianego jako energia - budująca relacje pomiędzy istotnymi dla autora symbolami,
tworzącymi nowe, intrygujące wartości, znaczenia i treści. Myślę, że zarówno ta nowa, tak atrakcyjna materia,
a także inny sposób działania, to dla Łukasza pewien rodzaj "rytualnego instrumentu", umożliwiającego tak ważną
w sztuce koncentrację, czy jak chcą inni medytację, a w efekcie - oczyszczającą nas autoterapię, prowadzącą do
zupełnie nowych rejonów kreacji, umożliwiającej analizę własnych emocji, ukrytych znaczeń i kondycji człowieka.
Nic dziwnego, że efekt wzbudza u odbiorcy tak bardzo różne i mieszane uczucia - to taka mocna sprawa... usłyszałem,
po prostu okropne..., ale także - bardzo intrygujące, ciekawe..., i już na końcu - mocna rzecz, ale mnie się to
podoba - no, no, no... ?!
Przez grzeczność nie przeczę, to rzeczywiście "mocna rzecz", ale spróbujmy, chociaż na chwilę odrzucić zewnętrzne
uwarunkowania i szablony. Pozwólmy chociaż na chwilę, wciągnąć się autorowi w wir prowadzący w zgodzie z prawami
natury do środka / sedna. Może, zgodnie z doświadczeniem tybetańskich mnichów, uda się nam oczyścić i dzięki temu
skoncentrować na sprawach o wiele bardziej zasadniczych?...
Janusz Jerzy Cywicki
lipiec 2005 r.