Gdzieś słyszałem, nie wiem czy to prawda, że malowanie obrazów jest zajęciem staromodnym, a o robieniu grafik to
już nawet i tego się nie da usłyszeć. Wprawdzie tu i ówdzie artyści wciąż jeszcze malują i robią grafiki, jednak
wiodące galerie i muzea taktownie starają się tego nie zauważać, nie chcąc narażać się na zarzut anachronizmu.
Gdyby tak popatrzeć uważnie na repertuar owych wiodących galerii w tzw. tym kraju, galerii utrzymywanych ze
środków społecznych (albo - jak mówi się dosadniej - z naszych podatków), łatwo można by stwierdzić, że sztuki
wizualne wreszcie stały się sztukami wyzwolonymi od ciążącego nad nimi z dawien dawna piętna umiejętności
warsztatowych, zdolności czy wręcz talentu.
Mówi się powszechnie, że w sztuce nie ma demokracji. Guzik prawda, święcie jestem przekonany, że jest, szczególnie
u nas. Mamy wreszcie wolny kraj, a o tym czy ktoś jest artystą czy też nie, decyduje sam zainteresowany (no, może
oprócz niego jeszcze jedna pani). Niedawno przeczytałem w recenzji bardzo ważnej wystawy, że młodzi artyści
studiowali nieartystyczne kierunki. Bardzo mi się to spodobało. Może więc są nieartystami i tworzą niesztukę?
Zrobiło się bardzo przyjemnie. Do miejsc, będących zwyczajowo zatęchłymi świątyniami sztuki (przynajmniej w
założeniach), wtargnęła młodość - z całą właściwą jej bezkompromisowością, odwagą, ryzykiem, zamiłowaniem
do gry i zabawy. Ach, te przepyszne nowe media! Projekcje video i ciekłokrystaliczne ekrany, przy których modne
do niedawna instalacje wydają się zamierzchłymi zabiegami. Ach, ta młodość, młodość, zwariowaliśmy na jej punkcie.
Młodość jest obiecująca, wszak do niej należy przyszłość. Wcale mnie więc nie dziwi, że na eksport wysyła się
głównie wystawy młodej sztuki, że na miejscu organizuje się przeglądy głównie sztuki młodych. Bo młoda krew jest
smaczniejsza, zaś starość nie ma w sobie nic pociągającego. Wyobraźmy sobie, na przykład, wystawę sztuki, której
wszyscy uczestnicy byliby po siedemdziesiątce. Obrzydliwość!
Kiedy oglądamy wystawę, lubimy znać wiek jej autora, to naturalne. Niestety, nie potrafimy oceniać dzieła w
oderwaniu od jego twórcy, to niemożliwe, a może niepotrzebne i niedorzeczne. Niby się mówi, że dzieło żyje swoim
autonomicznym bytem - ale w gruncie rzeczy to nieprawda. Nikt przecież dotąd nie urządził jeszcze wystawy prac
bez podania nazwisk autorów, choć byłoby to ze wszech miar ciekawym eksperymentem. Gdy kupujemy buty, nie
zastanawiamy się nad tym, kto je zaprojektował; w przypadku obrazu czy grafiki liczy się przede wszystkim
nazwisko autora.
Łukasz Cywicki, choć młody, szczęśliwie oparł się chwilowym modom. Dość wcześnie osiągnął warsztatową dojrzałość i
zdążył nas przyzwyczaić do świadomie i konsekwentnie realizowanego programu, spójnego w warstwie formalnej i
tematycznej. O wartości jego dzieła świadczy również wielorakość interpretacji, którym zdążyło już zostać poddane.
Czy te grafiki to czarne na białym, czy białe na czarnym? Abstrakcja to, czy figuracja? Czy multiplikacyjne zabiegi
wkraczają już w obszar niedostępny dotąd dla grafiki?
Rolą artysty jest stawiać pytania, stwarzać nowe światy, wywoływać zjawiska niewytłumaczalne i tajemnicze. Sprawą
odbiorcy jest pochwycenie przekazu, refleksja, niekiedy również - choć to najmniej konieczne - interpretacja.
Urządzanie wystaw, drukowanie katalogów, skrupulatna dokumentacja własnych dokonań i osiągnięć - wszystkie te
zabiegi są nierozłącznie związane ze współczesnym modelem uprawiania sztuki. Łukasz Cywicki działa w tej
materii, podobnie jak w linorycie, równie skutecznie i precyzyjnie. Już pobieżna lektura jego artystycznej
biografii dowodzi, że nie pracuje on do szuflady. Z powodzeniem prowadzona działalność dydaktyczna i tak zwana
kariera naukowa, to kolejne cechy składające się na pełny obraz osobowości Autora.
W tekście takim jak ten, przeznaczonym do katalogu, należałoby może skupić się raczej na opisie prac graficznych,
zdobyć się na jakąś odkrywczą myśl na ich temat, pokusić się o znalezienie jakichś paranteli, błysnąć erudycją,
powołać się na któregoś ze starożytnych filozofów... Tekst w katalogu pełni też zazwyczaj rolę laudacji i ma
przekonać odbiorcę mniej wyrobionego, że oto ma do czynienia ze zjawiskiem wartościowym czy wręcz niezwykłym.
Tymczasem ja, jako stary praktyk (proszę nie mylić ze starym prykiem), niezbyt chętnie zapuszczam się w te rejony.
Wychodzę z założenia, że od słów krytyka cenniejsze są słowa autora, a od słów autora cenniejsze są jego prace.
Gdybym chciał, mógłbym tu w prosty sposób udowodnić, że linoryty Łukasza Cywickiego są znakomite. Tylko co by
się wtedy stało? Autor mógłby się poczuć niezręcznie, a odbiorcy jego prac mogliby się poczuć dotknięci - moim
podejrzeniem, że o tym nie wiedzą. Wobec tego powiem jedno: obcowanie z linorytami Łukasza Cywickiego czyni nas
spokojniejszymi o przyszłość grafiki.
Jego prace można interpretować dowolnie, specjalnie dla Państwa uzyskałem zgodę Autora.
Prof. Tadeusz Nuckowski
luty 2006 r.